Słońcu w twarz
Idę przez las, wciąż ścieżkę gubię
by znów na drogę wejść nową.
Raz po raz nowej poddana próbie
nęcona zachętą miodową.
Patrzę słońcu w twarz zatroskaną
a ono się nade mną lituje.
Jak nad ofiarą dawno skazaną,
co patrzy w chmury i lasem wędruje.
Mijam dni okrągłe i gładkie
jak drzewa strzeliste i proste.
Słońce przyjaznym prowadzi blaskiem
a księżyc wita tak jak swą siostrę.
Dokoła słychać ptasi śpiew,
trele, zawodzenia i krzyki.
I znowu cierń, ból i krew,
pomruki zwierząt dzikich.
Każdy dzień jak gąszcz pokrzyw
boleśnie kąsa i parzy.
Znów bezgłośny wydaję okrzyk
lecz nie opuszczam twarzy.
Idę przez las i ciernie gęste
gonię za skrzydlatym marzeniem.
I tylko pytam, czy jeszcze jestem,
czy powoli staję się cieniem?
Ika
|